Dawne miłostki, za nimi nie nadążysz...

Dawne miłostki, za nimi nie nadążysz…

0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Przyznam szczerze że notka ta miała się pojawić we czwartek w nocy w pracy, ale trochę nam się tutaj na mieszkanku sprzątania uzbierało, a jak na złość same pojedyncze dyżury i nie bardzo było kiedy, więc zająć się tym musiałam ja. I tak mi zeszło, że jak koło 21 zaczynałam tak ogarnęłam się chwilę przed 6 że trzeba dzieci do szkoły budzić, bo inaczej się nie wyrobimy. Nie ma to jak zatracić się w sprzątaniu! Dziś na szczęście już nie musiałam tego robić, za to oglądałam z dzieciaczkami bajki i zrobiłam tartę z kiwi – a co! Taki mój kolejny mały sukces w kuchni.

Jak widzicie zmieniłam nazwę bloga jak i szablon – który coś nie chce ze mną współpracować i jest odrobinę nieogarnięty, nie wie może ktoś jak sobie z nim poradzić żeby wyglądał w miarę po ludzki i nie wyświetlało mi się słowo „LOGO” w tytule? Jeśli tak to będę wdzięczna za pomoc, serio! Nazwa zainspirowana moim nickiem z gry który z czasem wkradł się w moje życie prywatne i tak już został.

serduszko.png

Dzisiejsza notka poświęcona będzie miłości, ale tej takiej nie do końca spełnionej. Był kiedyś taki chłopak, niewiele starszy ode mnie, tak w sumie niecały rok. Historia zaczęła się jeszcze w liceum gdy napisał do mnie na Gadu (tak to był jeszcze ten czas kiedy wiele osób użytkowało ten komunikator), napisał tak jak gdyby nigdy nic, że szuka osób z którymi mógłby popisać o ciekawych rzeczach. Oczywiście nie był to ostatni raz kiedy z nim rozmawiałam, nasza znajomość potoczyła się dość przyjemnie, mimo moich trudności z dojazdem do Wrocławia – mamusia która boi się o swoją córeczkę. Ja do Wrocka miałam jakieś 30 kilometrów, on na nieszczęście trochę więcej, ale jakoś to nam szło, spotykaliśmy się od czasu do czasu, ale nigdy oficjalnie ze sobą nie byliśmy, całowaliśmy się ze dwa razy i to dopiero przy ostatnich z naszych spotkań. Jakoś tak po prostu wychodziło.

W końcu gdy już dostałam się na studia, przeprowadziłam do Wrocławia to on stwierdził że za daleko od siebie mieszkamy, a on się nie może przeprowadzić i że musimy to zakończyć. Stwierdził że te 50 kilometrów to za daleko żeby być razem – chyba nie muszę wspominać że swojego Lubego poznałam przez grę internetową i przez pierwszy rok znajomości mieliśmy do siebie prawie 400 kilometrów? :) Stwierdził że zakochał się we mnie i ta odległość go zabija, a jak już wspominałam on nie mógł się przeprowadzić do Wrocka, choć do tej pory nie wiem czemu, a ja dopiero niedawno rozpoczęłam studia i przed sobą miałam jeszcze trzy lata. Oj cierpiałam całkiem spory czas, dużo łez wylałam w poduszkę czy pluszowego misia, którego z resztą od niego dostałam. Żaliłam się koleżanka jak to bardzo jest niesprawiedliwe, to co zrobił i jak bardzo nie mogłam tego zrozumieć – z resztą do tej pory nie mogę, co jest całkiem zrozumiałe.

buu

Czas powoli mijał, flirt poganiał flirt, ale dobrze mi z tym było. A potem BUM! Grom z jasnego nieba sprawił że poznałam mojego obecnego (i mam nadzieję że już tak zostanie) Lubego z którym odległość nam nie przeszkadzała i do tej pory jesteśmy razem :) Jakoś po roku od naszego spotkania dostałam smsa, oczywiście okazało się że to tamten poprzedni mężczyzna z niezłymi dla mnie nowinkami, bo oczywiście musiałam z nim trochę popisać. Okazało się że ma żonę i dziecko, choć w sumie nie pamiętam czy syna czy córkę – no cóż, szok i niedowierzanie ale przecież się zdarza. A co potem? Znów cisza.

Mężczyzna ten w miarę systematycznie co kilka miesięcy – z reguły jak już jest po kilku głębszych – pisze do mnie, pyta co słychać, opowiada co u niego. Często zdarza mu się napisać że bardzo żałuje że wtedy doprowadził do naszego rozstania – co ciężko nazwać rozstaniem, bo przecież razem nie byliśmy nie? Że gdyby mógł to by to odwrócił, ale teraz już nie może i takie tam inne podobne, zawsze mu odpisywałam że przecież czasu już nie cofnie i niech się zajmie żoną i dzieckiem.

Ostatnio jakoś wszystko potoczyło się inaczej. Odezwał się jak zwykle w jego przypadku – dość niespodziewanie. Oczywiście na początku grzecznie, tak sobie wymieniliśmy spostrzeżenia i nowinki z życia, po czym padły słowa których oczywiście się spodziewałam. Napisał mi jak to tęskni za mną, jak żałuje że wtedy to zrobił, że nadal jest we mnie zakochany. I wiecie co wam powiem? Mega mi to schlebiało, pomimo tego jak to wszystko się potoczyło, pomimo tego że ja kogoś mam i on też, to bardzo mi się to spodobało. Było… jakby to nazwać, kurczę nie wiem sama, było przyjemne, a może spodobało mi się bo dawno czegoś takiego nie słyszałam. A gdy powiedział że chciałby mnie zobaczyć choć jeszcze jeden raz w życiu, to wiecie co? Pod wpływem impulsu zgodziłam się, tak wiem, nie była to może najmądrzejsza decyzja mojego życia i myślałam o tym czy by się nie wycofać z tego, ale nie chciałam wyjść na tchórza. Ostrzegłam go tylko żeby sobie nic nie wyobrażał, bo ja znalazłam już mężczyznę mojego życia.

Tak wiem, może to co zrobiłam jest trochę nieodpowiednie, ale chyba zaślepił mnie ten komentarz, nie było niczym z czym stykam się na co dzień. Oczywiście od swojego Lubego słyszę wiele miłych, przyjemnych i cudownych rzeczy a przy tym tak przepełnionych miłością, ale to nie to samo. Zupełnie inaczej odbiera się komplementy od osoby bliskiej, a inaczej od rzekłabym nawet że obcej. Nic nie poradzę że lubię to, za każdym razem chełpię się we wszystkich miłych i przyjemnych rzeczach jakich słyszę od facetów. Ten typ tak ma. Aczkolwiek… cały czas zastanawiam się czy wypadałoby się wykręcić jeśli padnie jakaś konkretna propozycja spotkania.